Losowy tekscik:



Stali we trójkę, nie licząc psa, na betonowej płycie nabrzeża. „Błyskawica” tkwiła już spokojnie na swoim miejscu, przycumowana do kei. Zwykle musiał radzić sobie z tym zadaniem sam, ale tym razem skorzystał z pomocy Lorany, która natychmiast chwyciła rzuconą przez niego grubą linę i przełożyła węzeł przez szeroki łeb słupka do cumowania.
Kiedy schodzili na ląd, to Aldorent pomógł niewidomej dziewczynie w postawieniu długiego kroku nad przepaścią, podtrzymując ją za łokieć i obejmując na krótko wpół. Zaraz po tym spojrzał na Loranę, która wprawdzie nie mogła dojrzeć pytania w jego wzroku z powodu maski, ale na wszelki wypadek uśmiechnęła się do niego leciutko, by wyrazić aprobatę. Zawarła pokój z kolejnym mężczyzną i pomimo tego, iż w ich niedawnej sprzeczce padły bardzo ostre słowa,była z odnowienia tej relacji zadowolona. Zawsze przyjaźnienie się z mężczyznami przychodziło jej dość łatwo, ponieważ nie wiedziała, w którym dokładnie miejscu znajdują się obecnie. Jej niepełnosprawność była bardzo dużym utrudnieniem. Gdyby widziała, z pewnością trafiłaby z tak bliska do domu bez niczyjej pomocy.
Budynki we wsi nie były numerowane, jak działo się to w miastach, jeśli chciało się kogoś znaleźć, należało po prostu rozpytywać o tę osobę po nazwisku. W Sokole wszyscy znali wszystkich. Ta zasada dotyczyła w szczególności jej rodu.
-Wyjdź i zapytaj kogoś – bąknęła ze zdenerwowaniem. – Wystarczy, że zagadniesz o rminę Amno. To córka przywódczyni, każdy wskaże nam drogę do jej domu.
-Zapytajmy razem – zaproponował. – Ty jesteś stąd. Ludzie będą mniej nieufni. Jeśli pójdę sam, będę musiał najpierw odpowiedzieć na mnóstwo pytań.
-Nie – skuliła się jak przestraszone dziecko, jeszcze mocniej przyciskając twarz do zagłówka. – Nie pójdę. Nie chcę, żeby ktoś na mnie patrzył.
-Derro, twoja gromada na pewno bardzo ucieszy się z twojego powrotu – odparł, starając się, by zabrzmiało to łagodnie. – Nie masz się czego bać. To twój dom. Nikt cię tu nie skrzywdzi.
-Idź już, Aldorencie – teraz ona musiała ukrywać grymas satysfakcji z odniesionego psychicznego zwycięstwa. – A kiedy już znajdziesz tę najważniejszą w swoim życiu miłość, nie pozwól jej odejść. Nie słuchaj tego, co będą mówić inni ludzie. Ja tak robię i jak na razie nie żałuję.
-Ja też powinienem był mówić ci takich rzeczy. Poniosło mnie jak diabli. Chyba jestem zazdrosny, a najgorsze jest to, że nawet nie wiem, o którą z was.
-Może o obydwie.
-Niewykluczone. Nigdy nie miałem szczęścia w miłości i nie wiem, co zrobić, żeby było inaczej.
-Czyżbyś wciąż desperacko pragnął się ożenić?
-Nie, już nie – odparł powoli, spoglądając jej przeciągle w oczy i sięgając po drugą puszkę coli. – Osoba, dla której to robiłem, moja matka, nie żyje od ośmiu miesięcy. Wiele złych rzeczy zdarzyło się w ciągu tamtych kilku feralnych dni, gdy wyciągałem Derrę z więzienia. Nie, już nie ciągnie mnie tak bardzo na ślubny koierzec, ale samotność czasami bardzo mi ciąży. Odkąd odeszła Amanda, nie związałem się z nikim nowym. Niewiele mam teraz do zaoferowania kobiecie. Nie chcę towarzyszki jedynie do łóżka, dlatego nie miewam już przygód. Pragnę prawdziwej więzi. Chyba to rozumiesz – zakończył nerwowo, rozlewając trochę płynu na kombinezon. Ciecz nie wsiąkła w supernowoczesnych sangackich łodzi, i powiedział głosem robota: