Losowy tekscik:
Czuła ciężki zapach perfum tamtej, z którymi malarka nie lubiła się rozstawać. Jej podobno czarne, cudownie gęste włosy łaskotały nos nastolatki. Lorana wciąż była nachylona pod kątem kilku stopni, przyprawiając malarkę o lekki zawrót głowy i zmuszając do ostrożnego chodzenia, a łódź podskakiwała nieprzyjemnie przy każdym silniejszym skręcie. Zaczęły ją nagle męczyć mdłości. Miała nadzieję, że uda jej się ukryć ten fakt przed Aldorentem, który miałby kolejny powód, by poczuć się jak człowiek, a i to mogłoby nie wystarczyć. Należało więc ze względu na Loranę śpiewny quatessiński, ani angielski, do którego musiała przywyknąć. Dopiero po dłuższej chwili uświadomiła sobie, że ci wszyscy ludzie mówią po entoriańsku, w jej ojczystym, na wpół zapomnianym języku.
Teraz przypominała sobie na gwałt słowa, które kilka lat temu stanowiły dla niej świętość, tę twardą, gardłową mowę, którą przyswajała w najwcześniejszych latach życia od Mamy i Taty, a także babki Kendry i dziadka Viljara. Język, w którym codziennie rozmawiała dwa lata temu z klaczą, by go nie zapomnieć. Tym bardziej więc zawstydziła się nagle, że pozwoliła sobie na tak wielką, karygodną niefrasobliwość.
Wszystko robiła ostatnio dla Lorany, żyła przede wszystkim wobec Lorany. Osoba, która miała jedynie ukryć ją na krótko w bezpiecznym miejscu, stała się dla dziewczyny obiektem gorącej miłości.
Kiedy na początku miesiąca Mirtul powierzał Derrę Quatessince, bardzo pragnął, by tamta ją polubiła, ale teraz miał wrażenie, że sytuacja całkowicie wymnęła mu się spod kontroli. Czuł się bezsilny wobec tego, co łączyło te kobiety. Do licha, przecież z jedną z nich miał płomienny romans, a z drugą jego zaczątek. A teraz ta pierwsza ignorowała go, a druga uważała co najwyżej za przyjaciela i obrońcę, ponieważ wolały zajmować się sobą nawzajem.
Czuł się z tym co najmniej dziwnie, jeśli nie niezręcznie. A przecież mógł przewidzieć taki obrót spraw, gdyby nie był przed rokiem tak bardzo zapatrzony w siebie. Lorana wysyłała mu wielokrotnie czytelne sygnały odnośnie swej natury, które wolał zignorować, by zachować dobre samopoczucie, czerpane z wiary w stałość jej miłości do niego.
Korzystając z nieobecności Derry odezwał się głosem, w którym pobrzmiewał wyraźny wyrzut:
-Dlaczego mi nie powiedział niczego.
Musiał jednak przyznać się sam przed sobą do lekkiego rozczarowania, ponieważ spodziewał się, że to on będzie niemal przez cały czas pobytu w tej części kontynentu. Potrzebowała co najmniej ciepłego palta, baraniej czapki i rękawiczek, by poczuć się istotą ulepioną z lepszej gliny.
Stanęła przy stole, spojrzała łakomie na niedojedzony baton ze sprasowanego mięsa. Przechwycił ten wzrok i po chwili wahania otworzył małą lodówkę, a następnie podał ej owinięte w aluminiową folię mocno upieczone udko kurczęcia, które kupił w jakimś barze szybkiej obsługi jeszcze w Derbachii, oraz puszkę napoju, który w Sangacji zastępował nieśmiertelną Coca Colę. Westchnął i dorzucił jeszcze do tego schowane na czarną godzinę duże, idealnie czerwone jabłko.
-Dziękuję – mruknęła, odwijając folię. Obejrzała dokładnie puszkę, szukając zamknięcia. Powstrzymując uśmieszek triumfu wyjął jej opakowanie z dłoni i odciągnął metalowy kapsel. W małym pomieszczeniu rozległo się syknięcie uciekającego gazu. Lorana powąchała podejrzliwie ciemny napój, marszcząc brwi w wyrazie dezaprobaty.
-Co to jest? – spytała.