Losowy tekscik:



-O tak – Entorianka wyszczerzyła ładne ząbki w demonicznym uśmiechu. – Zemsta jest słodka. Ale to ja pierwsza wezmę odwet na Timothym Carradine.
-Obyś się nie pomyliła, Derro. Szczerze ci tego życzę.
Ale Lorana nie miała zamiaru jej tym razem pochwalić.
-Zemsta nie przyniesie ci szczęścia – powiedziała Derra głosem ostrym jak brzytwa. – Uspokój się wreszcie, ty głupi kundlu! Aldorent to przyjaciel.
Mocniej ściągnęła smycz, udowadniając, że pomimo kalectwa całkowicie panuje nad dużym psem. Drugą ręką ujęła wychłodzoną dłoń Lorany, po części po to, by podzielić się z partnerką własnym ciepłem, a po części, by zaznaczyć, że również tutaj, tak już blisko kolebki dzieciństwa, ich związek wciąż pozostaje dla młodszej dziewczyny na pierwszym miejscu. Że także w zimnym icichym wieczorną porą Selimpe nie wstydzi się kochać kobiety.
Zjedli spóźniony obiad w eleganckiej restauracji o nazwie „Pod kasztanem”, mieszczącej się na rynku, na parterze jednej z najpiękniejszych i najbardziej charakterystycznych dla tego miasta kamienic, gładko otynkowanej i pomalowanej na blady w przyćmionym świetle latarni róż. Niemal przed samym wejściem rósł na wąskim trawniku, zgodnie z nazwą, rozłożysty kasztanowiec. W środku posilała się tylko jakaś samotna młoda kobieta i para zakochanych, chłopak i dziewczyna, którzy cieszyli się swoim odosobnieniem w najodleglejszym kącie sali i nie zwracali na oryginalną grupę najmniejszej uwagi. Nigdzie nie kręcił się ani jeden, nawet najmłodszy funkcjonariusz ZSS.
Nawet Gryf dostał na ich prośbę swoją porcję, którą spałaszował ze smakiem z wyszczerbionej metalowej miski, popijając nalaną do drugiego naczynia zimną wodą i głośno przy tym chłepcąc. Obsługa krzywiła się trochę na widok psa, lecz nawet właściciel restauracji wyraźnie zmiękł, zorientowawszy sę, że zwierzę należy do niewidomej osoby. W Quatessinie, gdzie nawet w okresie zimowego przesilenia nie było ciągnących się bez końca ciemnych wieczorów, elektryczne oświetlenie nie odgrywało dużej roli. Jej rodzina na farmie, gdzie się wychowała, wciąż korzystała z woskowych świec, a elektryfikacja domostwa była pomysłem, który z roku na rok odkładano bez żalu do lamusa.
-Zmniejsz – rzucił Aldorent. Nieznośna jasność natychmiast trochę przygasła. Pies przestał skowytać. Derra głaskała go uspokajająco po łbie, „wpatrując” się w nieokreślony punkt w ciasnej przestrzeni kabiny. Quatessinka przysiadła ciężko na jednym z krzeseł, rozsuwając kolana trochę bardziej opnowanym głosem. – Nawet jeśli masz rację, a masz ją jak jasny gwint, to nie chcę tego słuchać. Dziś naprawiam tamten błąd.
-Dziś jest za późno – skrzyżowała ręce na podołku, mając ochotę jeszcze trochę czasu. To dla niej wielkie przeżycie.
Mężczyzna wyszedł z samochodu. Słyszały, jak nawołuje we Wspólnej Moie. Dawno przestała go słuchać, obejmując oboma ramionami zagłówek fotela Lorany i nerwowo przygryzając palce.